Recenzja Star Wars: Galactic Racer. Kawał dobrego ścigania w odległej galaktyce

Recenzja Star Wars: Galactic Racer

Historia czasem zatacza dość nieprzewidywalne koła. U schyłku XX wieku jako zapalony fan Luke’a Skywalkera i spółki wybrałem się z moim ukochanym tatą do kina na film Gwiezdne Wojny: Mroczne Widmo. Produkcja ta, jak wiadomo, podzieliła miłośników twórczości Lucasa, a wiele elementów do dziś wzbudza kontrowersje. Zawarto w niej jednak również pewne motywy, które zostały przyjęte z uniwersalną aprobatą.

Jedną z takich perełek był wyścig ścigaczy w Mos Espa, a pojedynek Sebulby z młodym Anakinem na stałe zapisał się w pamięci widzów. Atrakcyjność tego widowiska wykorzystano także w grze komputerowej Star Wars Episode I: Racer, o której zaczytywałem się z wypiekami na twarzy w branżowej prasie tamtej ery. Teraz, prawie trzy dekady później, sam otrzymałem szansę recenzowania następcy hitu z przełomu mileniów.

Star Wars: Galactic Racer, bo o tym tytule oczywiście mowa, z założenia może trafić w gusta nie tylko entuzjastów Gwiezdnych Wojen i wszystkiego, co z nimi związane, ale też graczy lubujących się w szeroko pojętych ścigałkach czy akcyjniakach. Jak jednak gra Fuse Games wypada w praniu? Czy czuć tu prawdziwą, czystą Moc? Serdecznie zapraszam do lektury mojej recenzji!

Recenzja Star Wars: Galactic Racer — słowem wstępu

Zwiastun Star Wars: Galactic Racer

Galaktyczny Wyścigowiec oczywiście nie jest pierwszym podejściem do tego sportu w gamingowym dorobku marki Star Wars. Oprócz wspomnianej wcześniej produkcji z czasów The Phantom Menace (oraz jej wersji na automaty), niebezpieczne zawody stanowiły również główny punkt zainteresowania w sequelu, czyli Racer Revenge, a gościnnie pojawiały się chociażby w grach z serii LEGO Star Wars.

Tym razem zadanie powołania do życia wyścigowego tytułu rozgrywającego się „dawno, dawno temu w odległej galaktyce” przypadło zespołowi Fuse Games. Jest to pierwsza gra tego studia, ale nie możemy dać się zwieść — na pokładzie znaleźli się chociażby byli liderzy z Criterion Games (znanego między innymi z serii z Burnout czy Need for Speed), a więc eksperci od samochodówek. Zapowiadało się nieźle.

Star Wars: Galactic Racer
Gdzie tym razem rzuci nas los?

Obietnice dotyczące rozgrywki i samej gry również mogły rozpalić wyobraźnię fanów. Dość powiedzieć, że oprócz „typowych” trybów mieliśmy dostać kampanię fabularną z mechaniką opartą o kolejne podejścia do opowiedzianej historii (twórcy nazywają ten typ rozgrywki jako run-based), a trailery prezentowały także wysoki poziom oprawy audiowizualnej. Ciekawe, które z tych założeń dojechały do końca tego wyścigu.

W Star Wars: Galactic Racer grałem na PC o następującej specyfikacji:

  • System operacyjny: Windows 11
  • CPU: AMD Ryzen 9 9950X3D
  • GPU: Nvidia GeForce RTX 4080 Super
  • RAM: Patriot Viper Venom 32 GB DDR5 6000 MT/s
  • Płyta główna: Gigabyte X870E Aorus Elite
  • Dysk: M.2 Samsung 990 Pro 2 TB
■
■■■■■ ■■■■■■■■■■■■■■■■■

W trakcie zabawy nie trafiłem na żadne krytyczne problemy techniczne, a Unreal Engine 5 nieźle spisywał się w typowo korytarzowych wyścigach bez otwartego świata — mogłem liczyć na płynną rozgrywkę ze wszystkimi fajerwerkami bez generowania klatek, za to z włączonym DLSS w trybie Zrównoważonym. To całkiem imponujące w przypadku gry startującej w zasadzie z punktu zero, a nie stanowiącej n-tą odsłonę serii. Brawo.

Star Wars: Galactic Racer ukazało się 6 października 2026 roku na pecetach oraz konsolach PS5 i Xbox Series X|S. Obecnie nie wiadomo nic o planach wydania na Nintendo Switch 2, mimo że tak abstrakcyjna ścigałka świetnie spisałaby się na japońskim handheldzie. Jeśli ten stan rzeczy ulegnie zmianie, z pewnością zaktualizujemy naszą recenzję.

Zanim przejdę do głównej części artykułu, chciałbym zaznaczyć, że recenzja Star Wars: Galactic Racer powstała dzięki uprzejmości firmy PLAION, która udostępniła nam pełną wersję gry jeszcze przed premierą.

Fabuła i świat gry

Star Wars: Galactic Racer
Zaczyna się nowa przygoda.

Akcja gry toczy się w czasie powstawania Nowej Republiki, czyli po wydarzeniach z Powrotu Jedi, ale przed Przebudzeniem Mocy. Galaktyczna zawierucha zapewniła doskonałe warunki do rozwijania szemranych przedsięwzięć, a do takich z pewnością należy organizowanie śmiertelnie niebezpiecznych i przyciągających pieniądze z półświatka wyścigów. Na chętnych nie trzeba było długo czekać.

Nową ligę zawiązuje niejaki Darius Pax, który przedstawia siebie jako wielkiego miłośnika ścigania. To właśnie on namawia na rywalizację starego znajomego, postać znaną jako Shade. Na początku zabawy możemy nieco zindywidualizować naszego bohatera/naszą bohaterkę, wybierając typ budowy, głos i strój, ale protagonista/protagonistka zawsze ma na głowie pełen hełm. Cóż pozostaje powiedzieć, This is the Way.

Shade początkowo nie wykazuje zainteresowania dołączeniem do zawodów, ale zmienia zdanie ze względu na chęć zemsty na dotychczasowym czempionie, Kestarze Boolu (który przy okazji próbuje przejąć kontrolę nad organizacją mistrzostw). Korzenie tej antypatii są dla nas początkowo nieznane, a dotarcie do prawdy stanowi koło zamachowe początkowej fazy trybu kariery.

Star Wars: Galactic Racer
Darius lubi się pokazać.

Podążanie ścieżką ku mistrzostwu Galaktycznej Ligi zaprowadzi nas w różne zakątki uniwersum, z których część jest dobrze znana fanom, a inne stanowią smaczki dla najbardziej zagorzałych miłośników Gwiezdnych Wojen. I tak odwiedzimy Jakku, Crait czy Tatooine, ale poznamy też mniej oczywiste lokacje takie jak Ando Prime oraz kilka innych niespodzianek.

Mimo swojej pozornej rozległości i możliwości zwiedzania pewnych miejsc pieszo świat gry jest zamknięty, nie możemy nawet przeskakiwać swobodnie między planetami. Nie zmienia to faktu, że każda z lokacji oferuje kilka różnorodnych, czasem sporych kółek, na których panują rozmaite warunki nieraz wpływające na rywalizację. Umiejętne korzystanie z tych wyjątkowych okoliczności stanowi zresztą jeden z głównych atutów dobrych pilotów.

Warto zwrócić uwagę na to, że dostajemy kolejną produkcję z logo SW pozbawioną elementów niegdyś nierozerwalnie związanych z tą marką. W Galactic Racer próżno więc szukać pojedynków na miecze świetlne, konfliktów między Zakonem Jedi a Sithami czy wielkich bitew o przyszłość galaktyki — są stawiane na szali życia zawodników, brudne interesy, niepewne sojusze i sporo złej krwi.

Oczywiście najważniejsze z perspektywy graczy są pojazdy, którymi przyjdzie nam się ścigać. Tych jest sporo pod względem wizualnym, ale zasadniczo podzielono je na cztery kategorie różniące się specjalnymi „umiejętnościami”: landspeeder, speeder bike, skim speeder i podracer (ostatnie nie są dostępne od razu). Wszystkie są dość mocno osadzone w gwiezdnowojennym lore, za co należy się plusik.

■
■■■■■ ■■■■■■■■■■■■■■■■■

Teoretycznie można narzekać, że podział parku maszyn na cztery podstawowe typy i brak odgórnego zróżnicowania statystyk między modelami w tej samej grupie to zbyt duże uproszczenie, ale nie jest tak źle. Co więcej, choć ma to znaczenie wyłącznie wizualne, w grze zaimplementowano opcję wybierania części spośród odblokowanych statków w danej kategorii, dzięki czemu da się trochę poszaleć z wyglądem naszej gabloty.

W pojazdach możemy też wprowadzać sporo modyfikacji technicznych wpływających bezpośrednio na parametry, co pozwala dostosować je do naszego stylu jazdy. Dzięki temu nawet pozornie podobne do siebie wizualnie maszyny mogą zachowywać się całkowicie odmiennie na torze i wykorzystywać inne mechanizmy, by zapewnić nam ostateczną przewagę.

Star Wars: Galactic Racer
Samouczek niby jest, ale bardzo podstawowy. Ewentualne synergie czy najlepsze zastosowania trzeba odkrywać samemu.

Muszę przyznać, że przedstawiona w grze opowieść nawet się spisuje jak na historię do ścigałki, choć oczywiście nie jest to wielka fabuła. Dla mnie jej największym atutem jest odstępstwo od oklepanego „od zera do bohatera”. Oczywiście, przygodę z Ligą zaczynamy z samego dołu stawki i za sterami najsłabszej maszyny, ale Shade to nie byle amator, a bardzo doświadczony pilot statków kosmicznych.

Nie do końca przypadł mi jednak do gustu specyficzny sposób prowadzenia narracji. O wielu szczegółach musimy się dowiadywać sami, często przez przypadek — większość NPC nie ma ochoty na rozmowy z nami, natomiast postacie niezależne dyskutują między sobą, poruszając przeróżne wątki. Z jednej strony brawa za to, że padok żyje, ale nie jest to najbardziej angażująca forma poznawania historii.

Postacie występujące w grze i relacje między nimi są oczywiście bardzo uproszczone, ale nie mogę powiedzieć, by któraś z nich była w moim odczuciu nie na miejscu czy bez sensu. I tak w jednym kotle mieszają się byli piloci Imperium i Rebelii, bezwzględni najemnicy, przemytnicy, lokalne gwiazdy, bananowa młodzież czy zdolne dzieciaki z małych wiosek — za ten barwny tygielek zespołowi z Fuse Games należy się pochwała.

Ciekawie sprawdza się też system wyborów w trybie kariery, a nasze decyzje (i wyniki) mają realny wpływ na przebieg rozgrywki. Kilka złych posunięć może sprawić, że dany turniej będzie kompletnie zrujnowany, ale niektóre wady da się też przekuć w atuty. Warto też dokładnie przeanalizować różne układy, w które da się wejść, bo czasem bardziej nam one zaszkodzą, niż pomogą. Jak na ścigałkę to sporo możliwości.

Mechanika gry i wrażenia z rozgrywki

Star Wars: Galactic Racer
Dank farrik, jakiego to ma kopa!

Choć w trakcie zabawy możemy trochę pozwiedzać padok na różnych planetach, a opcje dotyczące ulepszeń naszej maszyny wymagają nieco uwagi, większość czasu w Star Wars: Galactic Racer spędzamy za sterami latających wyścigówek. Jeśli zaś chodzi o dostępne tryby zabawy, to dostajemy wspomnianą przeze mnie wcześniej karierę, kilka zręcznościowych form dla jednego gracza oraz sieciowy multiplayer. Zacznijmy od tej pierwszej.

Na początku naszej drogi na szczyt ustalamy kilka szczegółów dotyczących Shade, ale są to kwestie czysto ozdobne — ciuchy, kolory, głos i typ budowy. Sama postać nie ma żadnych dodatkowych modyfikatorów czy zdolności, a wszystkie zmiany parametrów idą z pojazdem, nie z bohaterem. Kiedy jesteśmy gotowi do startu, w pierwszym akcie przechodzimy do kilku wyścigów kwalifikacyjnych.

Te ułożone są w formie dość prostego drzewka, w którym przez narracyjnie narzucony brak czasu nie ma możliwości cofnięcia się do poprzednich stopni, a wybór konkretnego wydarzenia determinuje kolejne dostępne eventy. Podejście to sprawia, że powinniśmy dobrze przeanalizować cały ciąg wyścigów, na które trafimy, zwłaszcza jeżeli nie czujemy się zbyt mocni na początku gry. Dlaczego?

Od Dariusa dostajemy żeton wyścigowy, który uprawnia nas do rozpoczęcia nowego „biegu”. Dopóki posiadamy taki token, możemy stopniowo wspinać się po drabince kwalifikacji, ale jego utrata wcale nie jest trudna. Wystarczy kilkukrotne rozbicie się w trakcie wyścigu, dobrowolna rezygnacja lub niezaliczenie wymagań danego wydarzenia. Uzyskanie nowego żetonu jest równoznaczne z cofnięciem się do samego początku drzewka turniejowego.

■
■■■■■ ■■■■■■■■■■■■■■■■■

Pojedyncze zawody podzielono na kilka kategorii zmagań, w tym klasyczny wyścig, próbę czasową, lot z dopalaczem na odległość oraz eliminatora. Ten ostatni stanowi prawdziwą zmorę dla nowicjuszy (w tym dla mnie), bo warunkiem przetrwania jest utrzymanie się w pierwszej trójce pilotów do czasu wyłączenia z zabawy reszty stawki. Jeżeli nam się to nie uda, tracimy żeton wyścigowy i kończymy dany bieg.

To z kolei oznacza zezłomowanie naszego pojazdu za niewielką rekompensatę oraz konieczność ponownego przechodzenia uprzednio zaliczonych etapów w danym akcie. Grę podzielono na trzy duże części oferujące coraz wyższy poziom wyzwania, do tego bez możliwości powrotu do wcześniejszych sekcji, co utrudnia szybkie nabijanie parametrów pojazdu na prostszych eventach.

Star Wars: Galactic Racer
W trakcie wyścigu często nie ma czasu, żeby się po prostu pozachwycać widokami.

Na szczęście postępy poczynione przez nas w trakcie danego turnieju przekładają się „po śmierci” na punkty tuningowe i punkty sprzętu, dzięki którym podkręcimy bazowe wersje naszych wehikułów lub kupimy zupełnie nowe pakiety optyczne. Te „idą” razem z nami wprost do nowego „kółka”, więc każde z nich możemy zacząć z nieco mocniejszym sprzętem.

Możemy więc wybrać statek, ale też styl jazdy spośród wcześniej odblokowanych opcji. Muszę przyznać, iż różnice między dostępnymi typami śmigaczy są naprawdę istotne, dzięki czemu każdy z nich ma swoje mocne i słabe strony. Z kolei bonusy płynące z różnych stylów jazdy pozwalają dostosować się nie tylko do naszych preferencji, ale też wyzwań, które doprowadziły do utraty poprzedniego żetonu.

Choć wyścigi w trybie kariery to stosunkowo krótkie, intensywne „strzały” na maksymalnie kilka minut, to i tak dawka dostarczanych emocji bywa szokująca. Dookoła dzieje się mnóstwo rzeczy, prędkości sprawiają wrażenie trudnych do opanowania, a nasi rywale nie mają w zwyczaju zostawiać nam miejsca lub zdejmować ręki z przepustnicy. Oczywiście stopniowo można się do tego przyzwyczaić, ale warto pamiętać, że szybsze przeloty to większe ryzyko kraksy.

Całkiem ciekawie sprawdza się mechanika polegająca na podrasowywaniu naszej maszyny po każdym zaliczonym wyścigu. Spełnienie wymaganych warunków sprawia, że nie tylko zarabiamy wirtualną walutę, ale też dostajemy do dyspozycji kilka losowych ulepszeń czy umiejętności do wyboru. W ten sposób z każdym kolejnym eventem możemy reagować na bieżące potrzeby, choć oczywiście w stopniu, na jaki pozwala nam chwilowe szczęście.

Czasem dostajemy też wyjątkową szansę zdobycia nietypowego, mocnego wyposażenia od innych postaci, a jeszcze lepiej specjalnych modyfikatorów nazywanych tu przysługami (na przykład dodatkowego żetonu lub życia w trakcie wyścigu). Tu zamiast ścigania przeprowadzamy krótki dialog i decydujemy, czy przystajemy na dany układ, czy nie. Konsekwencje bywają różne, dlatego polecam dokładnie analizować każdy deal.

Więcej zmian możemy wprowadzać przy okazji podróży na kolejne planety. Dostajemy wtedy dostęp do sklepu naszej mechaniczki, Hibi, w którym bez problemu wydamy wszystkie skrzętnie ciułane kredyty, ale warto też odwiedzić punkt naprawy uszkodzonych części. Jeśli mogę coś podpowiedzieć, to sugerowałbym inwestowanie w parametry pojazdu — odkładanie kasy na później na niewiele się tu zda.

Star Wars: Galactic Racer
Dopóki kasa się zgadza, nasz backer nawet potrafi być prawie miły.

Jeśli potrzebujemy dodatkowego zastrzyku gotówki, możemy nawiązać współpracę ze „sponsorami”, czyli cwaniakami chcącymi dorobić się na naszych sukcesach. Sprawa jest prosta: dopóki osiągamy zadowalające wyniki i spełniamy specjalne życzenia takiego dobrodusznego wspomożyciela, otrzymujemy od niego dodatkową walutę. Jeśli jednak powinie nam się noga, kontrakt szybciutko zostaje rozwiązany, a my dostajemy po kieszeni.

No właśnie, okazuje się bowiem, że dojeżdżanie do mety nie zawsze kończy się wyłącznie dobrze. Czasem, na przykład na skutek odniesionych uszkodzeń lub awarii, zainstalowane w naszym statku podzespoły psują się i zaczynają działać inaczej, niż przewidział producent. Wiąże się to z dodatkowymi (najczęściej) negatywnymi efektami, a wymiana takiej części nie jest możliwa bez jej naprawy. Taka odwrócona mechanika samochodowa.

■
■■■■■ ■■■■■■■■■■■■■■■■■

Pozostając jeszcze przy trybie kariery, muszę też przyznać, że progresja poziomu trudności jest dość wymagająca, przez co krzywa uczenia często wypłaszcza się od kolejnych porażek i restartów serii. Zaskoczył mnie też wspominany wcześniej przeskok skali wyzwania między aktami, choć jest to mocno uzasadnione od strony narracyjnej. Z drugiej strony to dobrze, że nie mamy do czynienia z grą, którą można łatwo „pyknąć od A do Z” za pierwszym podejściem.

Star Wars: Galactic Racer
Trochę dziwi, że ten tryb nie jest dostępny z poziomu kariery, bo ma na nią pośredni wpływ.

Jeśli chodzi o pozostałe tryby gry na pojedynczego gracza, to do naszej dyspozycji oddano dwie podstawowe formy zabawy: gotowe scenariusze oraz pojedyncze wydarzenia. W pierwszej z nich wcielamy się w konkretnego kierowcę z odgórnie narzuconym pojazdem i rozgrywamy krótki turniej — zwycięstwo zapewnia nagrody w postaci arcyważnych punktów tuningowych oraz punktów sprzętu do trybu kariery, choć niestety tylko za pierwszym razem.

Wyścigi w grze zręcznościowej odbywają się za to w różnych warunkach pod względem stawianych przed nami wyzwań i środków transportu, a my dostajemy bardzo konkretne zadanie ustalenia najlepszego czasu. Takie rozwiązanie stanowi świetny sposób na szlifowanie umiejętności pilotowania, ale nie daje żadnych dodatkowych profitów w walce z Kestarem.

Dość ciekawie skonstruowano tryb multiplayer, w którym konkurując z innymi graczami w 6-wyścigowych seriach, stopniowo podkręcamy swój wehikuł oraz zdobywamy punkty doświadczenia. Przed startem turnieju wybieramy nie tylko pojazd, ale też kierowcę, który wnosi ze sobą konkretny styl jazdy i płynące z niego atuty. Postępy pozwalają też odblokować nowe opcje.

Zastosowano tu także system zakładów między uczestnikami rywalizacji, ale zamiast pieniędzy możemy wygrać upgrade’y do naszego speedera. Oczywiście jest tu element ryzyka, bo zyskamy mocniejsze ulepszenia, gdy postawimy na zajęcie przez nas wysokiej pozycji, ale ewentualna przegrana wiąże się z pozostaniem przy podstawowym zestawie. Złotą zasadą pozostaje więc to, by mierzyć siłę na zamiary.

Wszystkie dostępne formy zabawy — niczym Moc — spaja model jazdy (a raczej lotu). Muszę przyznać, że mimo swojego wybitnie zręcznościowego charakteru daje on mnóstwo frajdy, a omijanie wyskakujących niemal znikąd przeszkód przy szalonych prędkościach jest równie wymagające, co satysfakcjonujące. Warto jednak pamiętać, że nasze statki nie są niezniszczalne, ba, można rzec, że chętnie rozpadają się na kawałki.

Niestety system zniszczeń jest bardzo uproszczony i ogranicza się do podziału na lekkie stuknięcia, których można przyjąć kilka w krótkim czasie (na moje oko około trzech) oraz mocniejsze dzwony kończące się pełną, często widowiskową kraksą. Brakuje tu jednak podziału na strefy uszkodzeń (lub totalnie ich nie czuć) czy możliwości naprawiania bolidu rodem z pierwszego epizodu Gwiezdnych Wojen.

Star Wars: Galactic Racer
Końcówka zakresu temperatur silnika strumieniowego daje taki dopał, że obraz rozmazuje się mimo wyłączonej opcji rozmycia w ustawieniach graficznych. Warto jednak pamiętać, że przegrzane doładowanie wybucha.

Recenzja Star Wars: Galactic Racer nie byłaby kompletna, gdybym nie wspomniał o wyjątkowym mechanizmie dwóch rodzajów dopalaczy. Jeden z nich to klasyczny boost, jaki możemy znaleźć w wielu grach wyścigowych. Jego użytkowanie jest dość proste — kiedy mamy coś „w baku”, da się z niego w miarę swobodnie korzystać, a uruchomienie przyspieszenia nie wymaga pełnego naładowania.

Nieco inny rodzaj „dopału” daje nam silnik strumieniowy, który przed aktywacją musi osiągnąć odpowiedni poziom gotowości. Musimy też zdecydowanie bardziej uważać na ten rodzaj napędu, bo jeśli dopuścimy do jego przegrzania, najzwyczajniej w świecie wylatujemy w powietrze, co jest równoznaczne z utratą życia w danym wyścigu.

W efekcie jedziemy na zmianę to z jednym, to z drugim doładowaniem, uważając na temperatury i poziom napełnienia energii, a jednocześnie musimy przecież sterować naszym śmigaczem. Przy odrobinie wprawy zaczyna to działać całkiem nieźle, choć oczywiście przydzwonienie w wyrastające przed nami przeszkody może zdarzyć się nawet po kilkunastu godzinach latania. Cóż, ta gra uczy, że trzeba się po prostu otrzepać z kurzu i spróbować jeszcze raz.

■
■■■■■ ■■■■■■■■■■■■■■■■■

Wyjątkowo przypadło mi do gustu przeprowadzanie kontroli przed startem, które przedstawiono tu w postaci minigry na czas. Wprowadzając poprawnie kombinacje znaków, możemy lekko podkręcić skuteczność specjalnych „umiejętności” pojazdu, na przykład zapewniając sobie ich pełną gotowość już na początku wyścigu. Warto także wstrzelić się w idealne ustawienie przepustnicy na starcie, bo daje to sporego kopa względem przeciwników.

Skoro już wspomniałem o umiejętnościach, to można podzielić je na bierne oraz aktywne, czyli te, które sami uruchamiamy podczas jazdy. Zespół z Fuse Games przygotował ciekawy zestaw skillów do wyboru, od typowo defensywnych pokroju osłony, aż po brutalne ataki bezpośrednie. Dzięki temu większość graczy powinna bez problemu znaleźć odpowiednią kombinację do swojego stylu jazdy.

Chciałbym też poruszyć kwestię interfejsu. HUD jest stonowany i niezbyt rozbudowany, ale dostarcza komplet najpotrzebniejszych informacji. Innymi słowy, nie rzuca się on za bardzo w oczy, ale też trudno odmówić mu funkcjonalności — jest bardzo poprawny pod każdym względem, choć nie wpływa szczególnie na immersję, a szkoda.

Star Wars: Galactic Racer
Nawet sprzedawcom się tutaj spieszy.

No dobrze, ale jak to wszystko, o czym napisałem powyżej, składa się w całość? Nie ukrywam, że naprawdę dobrze, a gra dostarczyła mi mnóstwo frajdy, choć oczywiście nie obyło się bez kilku niejasności czy spudłowanych strzałów, przynajmniej w moim odczuciu. Zajmijmy się tym po kolei, zaczynając od jasnych stron Galaktycznego Wyścigowca.

Produkcja z pewnością nie zawodzi w swoim najważniejszym punkcie, czyli samym ściganiu. Latanie między przeszkodami niejednokrotnie wywołuje grymasy na twarzy gracza — bynajmniej nie ze złości czy niezadowolenia, a raczej miny podobne do popisów Jake’a Lloyda w trakcie wyścigu w Mos Espa. Uwierzcie, że wyrobienie się w niektórych zakrętach przy pełnej prędkości może się udać tylko wtedy, gdy dodaje się odpowiednią mimikę.

Sam tryb fabularny, choć nadal bardzo uproszczony, stanowi niezły napęd do kolejnych startów i jeszcze lepszą przykrywkę dla zaszytego tu mechanizmu run based racing, czyli takiego krypto-roguelite. Nie powinno nas więc szczególnie dziwić to, że między pierwszym a drugim aktem zaliczamy spory skok poziomu trudności, w końcu w początkowej fazie jesteśmy zaledwie pretendentem do uczestnictwa w lidze, a później już jeździmy z najlepszymi.

Co prawda są to dokładnie ci sami zawodnicy, co wcześniej, ale — hej, kto powiedział, że będzie sprawiedliwie? Twórcy, zamiast silić się na wymyślanie nowych postaci, wybrnęli z sytuacji jednym czy dwoma zgrabnymi zdaniami, co też świadczy o dość spójnej, sensownej wizji po ich stronie. Start trzeciego aktu stanowi z kolei kolejny punkt zwrotny i zmienia reguły gry, jednak tu także nie ma mowy o dziurach logicznych czy sztucznym wydłużaniu rozgrywki.

Samo zachowanie naszych wirtualnych rywali również jest dobrze osadzone w samej naturze Galaktycznej Ligi. Chodzi o to, że współzawodnicy nie zostawiają nam miejsca, a wręcz z dużą radością opierają się o nas w zakrętach, a nawet wpychają na przeszkody. Częstotliwość takich zachowań zdaje się wzrastać w miarę postępów w turnieju, by w końcu przybrać formę bezpardonowych ataków godnych mistrza Sebulby.

Ciekawie wygląda także kwestia ewentualnych umów między nami i innymi rywalami — w trakcie gry możemy bowiem trafić na rozmowy dotyczące pomocy w walce z Kestarem Boolem, choć nie oznaczają one jednocześnie paktu o wzajemnej nieagresji. Przy bezpośrednich starciach i tak każdy z lubością pośle nas na bandę. Jak w życiu, chciałoby się powiedzieć.

Star Wars: Galactic Racer
Przyjemniaczek, nie ma co.

Z innej beczki: muszę przyznać, że choć nasze zadanie zawsze polega na dotarciu z punktu A do punktu B w jednym kawałku, to stawiane przed nami zadania bywają zgoła odmienne. Oprócz klasycznego ścigania w grupie dostajemy też pojedynki, próby czasowe czy lot na dystans z włączonym dopalaczem, a każda z tych form wymaga nieco innego podejścia. Co ciekawe, niekiedy trzeba nawet użyć hamulca, choć ten jest raczej traktowany w grze po macoszemu.

■
■■■■■ ■■■■■■■■■■■■■■■■■

Po wstępnym szoku polubiłem się także z całym szeroko pojętym systemem usprawniania naszego pojazdu, jak również pogodziłem się z tym, że porażka jest tylko kolejnym krokiem do ostatecznego zwycięstwa w grze. W całym tym zaznajamianiu się z regułami zabawy zabrakło mi jednak czegoś bardzo podstawowego: sensownego szkolenia lub samouczka, który nieco poprowadziłby mnie za rękę na samym początku i wyjaśnił, z czym to wszystko się je.

Mamy więc do czynienia z tytułem, w którym próg wejścia jest stosunkowo wysoki. Zaskakujące może być też zderzenie z menu pozbawionym opcji „powtórz zawody” — tak jest, możemy zapomnieć o restartowaniu nawet trwającego eventu, o ułatwieniach pokroju cofania akcji nie wspominając. Filozofia zabawy jest tu po prostu całkowicie odmienna.

Adaptacja do nowej sytuacji trwa przynajmniej do pierwszej dużej porażki i restartu turnieju. Wtedy to, po uzyskaniu punktów tuningowych i odpaleniu naszego ulepszonego śmigacza, możemy w pełni poczuć sensowność takiego podejścia. Niemal natychmiast na znaczeniu tracą zaledwie trzy klasy pojazdów (czwarta jest dostępna na specjalnych warunkach) czy perspektywa powtarzania tych samych torów.

Rzecz w tym, że za każdym razem jest trochę inaczej. Nawet jeśli przystąpimy do kolejnego turnieju tym samym wehikułem, to wylosowane po drodze ulepszenia czy wydarzenia na torze mogą całkowicie zmienić nasze doświadczenie, a pozorne plusy i minusy są… cóż, względne. Mam niezły przykład z własnego doświadczenia.

Podczas rozgrywania jednego z etapów na lesistej planecie Lantaana zbyt wiele razy przydzwoniłem w ściany ciasnych tuneli, przez co dojechałem na metę z uszkodzeniem podzespołów układu chłodzenia silnika strumieniowego. Moja nieostrożna jazda zaowocowała tym, że wejście tego rodzaju doładowania na wyższe obroty skutkowało samozapłonem. To mocno ogranicza nasz wyścigowy potencjał. Pech, prawda?

Star Wars: Galactic Racer
Gryzący pył na Crait potrafi przytkać silniki, ale pozwala też lepiej poznać linię wyścigową przeciwników.

Efekt był uciążliwy do końca rywalizacji w tym regionie, ale pokazał swoje drugie oblicze na Crait, a tym bardziej na mroźnej Ando Prime. Okazało się bowiem, że na planecie, gdzie największym wrogiem jest mróz zaburzający działanie systemów sterowania, płonący bolid wchodził w swojego rodzaju równowagę z otoczeniem. Dzięki temu mogłem wyjątkowo długo korzystać z silników strumieniowych, co przy odpowiednich ulepszeniach dało mi dużą przewagę.

Bardzo przypadła mi do gustu możliwość zmiany kamery podczas wyścigu, a ujęcie z perspektywy kierowcy robi świetną robotę pod kątem potęgowania immersji. Poczucie prędkości jest niepodważalne, a po każdym wydarzeniu potrzeba chwili na powrót tętna do normy. Warto jednak pamiętać, że cała rozgrywka jest mocno stymulująca, co może utrudniać zasypianie czy głęboki relaks bezpośrednio po zabawie.

Gra nie jest oczywiście idealna, ale warto od razu zaznaczyć, że jej ewentualne mankamenty należą do nieco lżejszych kategorii, a część z nich jest mocno subiektywna. Dużo zależy tu od naszych wcześniejszych doświadczeń czy podejścia do cyfrowej rozrywki jako takiej, co w mojej sytuacji oznacza perspektywę kanapowego gracza w wiecznym „niedoczasie”, który w ścigałkach chętniej od gamepada sięga po kierownicę. Weźcie więc pewną poprawkę.

Po pierwsze, powtórzę się: stosunkowo wysoki próg wejścia, stroma krzywa uczenia wymagająca sporo samozaparcia oraz nieszczególnie rozbudowany samouczek mogą odstraszać mniej doświadczonych graczy, a szkoda. Galactic Racer to kawał świetnej produkcji, w której po pewnym czasie każdy może się świetnie bawić, tylko trzeba się przekonać do tego pomysłu.

Przyczepię się trochę do sterowania, a w zasadzie do jednego elementu. Przyciski odpowiedzialne za boost i ruch specjalny położone są obok siebie — w przypadku gamepada do Xbox Series X|S są to odpowiednio A oraz X. Niestety z obu przełączników często musimy korzystać jednocześnie, a choć jest to do wykonania, to nie można mówić o szczególnej wygodzie. Jednocześnie taki RB służy tylko do zmiany kamery, co robi się kilka razy w ciągu gry.

■
■■■■■ ■■■■■■■■■■■■■■■■■

Kolejnym elementem, który nieszczególnie przypadł mi do gustu, jest nierozsądne przejście między aktami. Chodzi o to, że pomimo zwycięstwa w ostatnim wyścigu danej części gry tracimy swój pojazd i musimy budować kolejny statek nie tyle od zera, ile od poziomu wykupionych na stałe ulepszeń. Szkoda, bo to średnio sprawiedliwe podejście. Nie jest to jednak jedyny mechanizm zaburzający balans.

Star Wars: Galactic Racer
Opowieści Sebulby brzmią jak: „kiedyś to były czasy, teraz to już nawet czasów nie ma”.

Mam też nieodparte wrażenie, że momentami w grze występuje agresywny rubberbanding, przez który nie tylko wstępnie ustaleni liderzy wyścigu mogą nas skutecznie gonić z samego końca stawki, ale też jesteśmy rażeni atakami dystansowymi przez rywali jadących poza zasięgiem takich strzałów. Nie da się ukryć, że bywa to wyjątkowo irytujące, zwłaszcza gdy rozgrywka toczy się o najwyższe trofea.

Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że Star Wars: Galactic Racer to nie tylko znakomity powrót wyścigów w pełnej krasie do uniwersum Gwiezdnych Wojen, ale też atrakcyjna ścigałka dla uniwersalnego odbiorcy. Nie trzeba znać rozbudowanego lore należącej do Disneya marki, by szybko wskoczyć za stery napędzanych silnikami repulsorowymi bolidów i po prostu cieszyć się z wysokooktanowej rywalizacji w odległej galaktyce.

Grafika i dźwięk w Star Wars: Galactic Racer

Star Wars: Galactic Racer
Gra miejscami wygląda wręcz zjawiskowo, nie tylko w trybie fotograficznym.

Galactic Racer napędza silnik graficzny Unreal Engine 5, który ma okazję pokazać się tu z dobrej strony — mimo pozornej rozległości tory stanowią zamknięte korytarze, a padok na każdej planecie to w zasadzie niewielka przestrzeń do wygenerowania. W takich warunkach UE5 faktycznie błyszczy.

W zasadzie nie mogę powiedzieć złego słowa o którymkolwiek z elementów oprawy wizualnej. Zarówno postacie, jak i pojazdy, materiały, trasy, zjawiska pogodowe czy szczególne miejsca pokroju pól lawy wyglądają naprawdę dobrze, a zjawiskowe kraksy pełne iskier oraz wybuchów podkreślane są efektownymi ujęciami. Nieco mniej radości przynoszą sceny, kiedy to nasz bolid się rozbija na drobne kawałki.

Jednocześnie muszę przyznać, że praca kamery bywa dość… nietypowa, a animacje w nielicznych sytuacjach sprawiają wrażenie niedociągniętych do końca. Dotyczy to jednak tylko dialogów, zwłaszcza gdy rozmawia ze sobą więcej niż dwie osoby. Jest to jednak bardziej forma ciekawostki niż faktyczny mankament.

Jeśli miałbym się czepiać, to na samym początku wyścigów możemy zaobserwować wczytywanie się tekstur nawet mimo zainstalowania gry na szybkim dysku M.2. To jednak zjawisko dość powszechne we współczesnych produkcjach i nie doskwiera w trakcie samego ścigania, bo dotyczy tylko początkowej sekwencji cut-scenek. Przypuszczam, że mamy do czynienia z mankamentem samego silnika, a nie gry, więc trudno winić twórców z Fuse Games.

Star Wars: Galactic Racer
Zawsze jest czas na partyjkę Sabaka, choć o dziwo Shade nie ma możliwości zasiąść do gry.

Warstwa audio gry nie pozostawia pola do narzekań, a wszystkie kwestie czy efekty zrealizowano na należytym poziomie. Co warto pochwalić, dialogi są w pełni udźwiękowione, więc NPC nie chrząkają, przedstawiając jednocześnie ściany tekstu. Świetnie wypada ścieżka na iście filmowym poziomie, ale trudno się dziwić, skoro odpowiada za nią Gordy Haab, znany chociażby z OST do serii Star Wars Jedi czy Indiana Jones and The Great Circle.

Jak na produkcję z logo Star Wars przystało, dostajemy dobrze zrobioną kinową lokalizację. W trakcie gry nie zauważyłem żadnych rzucających się w oczy błędów, a tłumaczenia nawet dość mocno osadzonych w gwiezdnowojennych realiach terminów są naturalne i adekwatne. Wyraźnie widać, że zespół odpowiedzialny za przełożenie „z angielskiego na nasze” zna się na rzeczy, a nie zawsze jest to takie oczywiste.

Recenzja Star Wars: Galactic Racer — podsumowanie

Star Wars: Galactic Racer
Ktoś chyba nie dojedzie do końca tego okrążenia.

Tak jak każdy turniej Galaktycznej Ligi kończy się podsumowaniem osiągnięć i rozdaniem nagród, tak niniejsza recenzja Star Wars: Galactic Racer zmierza do swojego finału. Jaki jest ostateczny werdykt: czy tytuł od Fuse Games przekracza linię mety jako zwycięzca, czy dojeżdża w ogonie stawki? Nie mam wątpliwości, że Shade i spółka zasługują na miejsce na pudle, jednak nie odważę się wystawić tej grze najwyższej noty.

■
■■■■■ ■■■■■■■■■■■■■■■■■

Produkcja trzyma bardzo wysoki poziom oprawy audiowizualnej, a core rozgrywki działa niemal uzależniająco — przyjemny model lotu, oszałamiające prędkości, duże dawki adrenaliny, mijane o włos przeszkody i te, których uniknąć się nie udało — wszystko to składa się na bardzo mocną ścigałkę nie tylko dla fanów Gwiezdnych Wojen.

Pewnym odświeżeniem jest także oparcie trybu fabularnego na powtarzaniu kolejnych podejść. Mam jednak świadomość, że nie każdemu przypadnie do gustu taki sposób prowadzenia rozgrywki, a sytuację zaognia także złomowanie naszego pojazdu po zakończeniu kolejnych aktów. Z drugiej strony mechanika ulepszania statków między poszczególnymi eventami sprawdza się we wszystkich formach zabawy, również w tej dla wielu graczy.

Trudno wskazać ewidentne minusy recenzowanej gry, bo na każdy zarzut znajdzie się tu wytłumaczenie. Wysoki próg wejścia jest związany z filozofią run-based racing, rosnący, nieraz wręcz wyśrubowany poziom trudności ma zapewniać długie godziny zabawy (nawet jeżeli są one okupione kolejnymi porażkami), rubberbanding z kolei podkręca emocje, nawet jeśli jest niesprawiedliwy. I choć kwestie te nie są uniwersalnie złe, to potrafią zirytować.

Moim zdaniem zabrakło trochę dbałości o ergonomię sterowania, bo obsługiwanie przycisków dopalacza i specjalnej zdolności jednocześnie wypada tu bezsensownie niewygodnie. Niestety w samej grze nie możemy nic z tym zrobić, choć zawsze pozostają opcje zaszyte w oprogramowaniu do gamepadów. O ile takie mamy na wyposażeniu, rzecz jasna.

Komu zatem mogę z czystym sumieniem polecić Star Wars: Galactic Racer? W zasadzie każdemu, kto poszukuje pełnej akcji gry z emocjonującą rozgrywką, nawet jeśli wcześniej nie interesował się szczególnie ścigałkami jako takimi. Jeśli uda nam się przebrnąć przez 2-3 pierwsze wydarzenia, to tytuł zaczyna wciągać jak bagno, obiecując coraz więcej po każdym ukończonym wyścigu.

Trzeba przyznać, że choć produkcja brytyjskiego studia nie jest prostą kontynuacją starego Star Wars Episode I: Racer, to mimo wszystko składa tej grze i samej formule sportu z odległej galaktyki swego rodzaju hołd. Moim zdaniem stworzenie czegoś niebędącego prostą kalką danego pomysłu, a jednocześnie zawierającego jego najlepsze elementy jest dużą sztuką, która w tym przypadku zdecydowanie się udała.

Jeśli tylko nie będziemy musieli czekać kolejnych dekad na następną część, a Fuse Games dostanie zielone światło dla ewentualnej kontynuacji, to możemy mieć do czynienia ze znakomitym początkiem nowej serii rozgrywającej się gdzieś obok głównego nurtu fabularnego Gwiezdnych Wojen. Tymczasem wracam do ścigania i – choć sama gra unikała jej jak ognia – pozdrawiam wszystkich przyszłych pilotów: niech Moc będzie z Wami.

Star Wars: Galactic Racer

Na plus

  • Intensywne poczucie prędkości
  • Dobry model lotu
  • Angażujący format rozgrywki
  • Bardzo poprawna, choć nienachalna fabuła
  • Ciekawie rozwiązany system podkręcania statków
  • Zróżnicowane rodzaje wyzwań
  • Dobre zakorzenienie w uniwersum Star Wars
  • Świetna oprawa audiowizualna

Na minus

  • Dość wysoki próg wejścia
  • Niekiedy irytujący rubberbanding
  • Niezrozumiała utrata bolidów na koniec aktów
  • Sterowanie mogłoby być wygodniejsze albo chociaż edytowalne

Jakub Foss

Star Wars: Galactic Racer to przepełniona szaloną prędkością gra wyścigowa osadzona w uniwersum Gwiezdnych Wojen, zapewniająca długie godziny wciągającej zabawy, nawet jeśli nie jesteśmy fanami marki. Do największych atutów produkcji należy zaliczyć bardzo przyjemny model lotu, ciekawie rozwiązaną organizację głównego trybu rozgrywki, znakomitą oprawę audiowizualną oraz niezłą fabułę, a wśród minusów na pierwszy plan wysuwają się kwestie dość typowe dla gier z kategorii roguelite: stosunkowo wysoki próg wejścia, brak prowadzenia gracza za rękę, rubberbanding i wpisanie porażki w naturalny cykl gry. Jeśli wielokrotne powstawanie z popiołów nie jest nam obce, tytuł od Fuse Games może być czarnym koniem wśród ścigałek ostatnich lat.

Ocena końcowa: 8/10

O autorze
Jakub Foss
Zastępca redaktora naczelnego

Od trzech dekad zapalony miłośnik gier komputerowych. Od przyjaźni z Commodore, przez konsolki i konsole miał przyjemność dotrzeć do ekosystemu Xboxa. Zobacz więcej...

Niektóre odnośniki w powyższej publikacji to linki afiliacyjne. Jeżeli klikniesz taki link i dokonasz zakupu, otrzymamy niewielką prowizję, a Ty nie poniesiesz żadnych dodatkowych kosztów. | Etyka redakcyjna

Zastanawiasz się nad zakupem subskrypcji Xbox Game Pass Ultimate? Skorzystaj z naszych poradników i oszczędź nawet 80% ceny!

Dyskusja na temat wpisu

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi. Mimo że pozwalamy na komentowanie osobom bez konta na platformie Disqus, to i tak zalecamy jego założenie, bo wpisy gości często trafiają do spamu.

Ładowanie kolejnych wpisów...
Nie przepłacaj!
Zgłaszanie błędu

Błędy zdarzają sie każdemu, nawet nam. Jeżeli uważasz, że w niniejszej publikacji coś się nie zgadza, to poinformuj nas o tym korzystając z formularza poniżej. Autor tekstu otrzyma Twoje zgłoszenie, dzięki czemu będzie mógł go poprawić, jeśli zajdzie taka potrzeba.