Nie od dziś wiadomo, że dobry headset gamingowy to ważny element wyposażenia gracza niezależnie od preferowanej platformy czy ulubionego gatunku. O ile wiele modeli dostępnych na rynku oferuje dobrej jakości, mocny dźwięk ze skuteczną izolacją od otoczenia, to czasem trudno znaleźć urządzenie o bardziej otwartej charakterystyce.
Spis treści
Na tę potrzebę postanowił odpowiedzieć ceniony amerykański producent oznaczający swoje sprzęty charakterystyczną palemką. Przez kilka ostatnich tygodni miałem okazję dokładnie zapoznać się z zestawem Turtle Beach Atlas Air, czyli pierwszymi słuchawkami do gier z tak zwanymi „pływającymi” nausznikami.
Jak lekki, bezprzewodowy headset wypada na tle nieco bardziej masywnych, zamkniętych konstrukcji? Czy inżynierowie z San Diego musieli zrezygnować z pewnych przydatnych rozwiązań, czy dostajemy pełnoprawne akcesorium do cyfrowej rozrywki? Co jednak kluczowe: jak się na tym słucha muzyki, ogląda filmy i gra? Zapraszam do lektury mojej recenzji!
Turtle Beach Atlas Air — najważniejsze parametry

Niezależnie od docelowego przeznaczenia zestawu słuchawkowego większość urządzeń dostępnych w sklepach można opisać podobnym zestawem parametrów, co daje nam wstępną wizję potencjału danej pary. O tego typu sprzętach audio pisaliśmy zresztą niejednokrotnie, na przykład w artykułach dotyczących:
- najlepszych headsetów do Xbox Series X|S i Xbox One
- godnych polecenia zestawów słuchawkowych do PC
- topowych słuchawek gamingowych
Bazując na powyższych tekstach, jak również na własnym doświadczeniu zaproponuję kilka kluczowych cech, którym szczególnie powinniśmy się przyglądać. W pierwszej kolejności warto zwrócić uwagę na wielkość przetworników, pasma przenoszenia, typ budowy słuchawek, obsługiwaną jakość dźwięku, dostępne formy komunikacji, kompatybilność oraz jakość wykonania zestawu. Oto oficjalna specyfikacja modelu Turtle Beach Atlas Air:
- Budowa: otwarte
- Komunikacja: 2.4 GHz, Bluetooth 5.2, przewodowa minijack 3,5 mm
- Pasmo przenoszenia słuchawek: 20 – 40 000 Hz
- Wielkość przetworników: 40 mm
- Pasmo przenoszenia mikrofonu: 100 – 16 000 Hz
- Impedancja: brak danych
- Czułość słuchawek: brak danych
- Mikrofon: tak (odłączany, składany)
- Czas pracy na jednym ładowaniu: do 50 godzin
- Port ładowania: USB-C
- Zasięg: brak danych (według własnych pomiarów nie mniej niż 8 m w budynku przy połączeniu przez adapter 2.4 GHz)
- Obsługiwane platformy: PC, Mac, PS4, PS5, Xbox One, Xbox Series X|S, Nintendo Switch, Android, iOS
- Waga: 301 g
- Cena: ~ 550 zł

Jak widać, „Żółwiki” oddają w nasze ręce wszechstronny headset kompatybilny ze wszystkimi najważniejszymi platformami do gier. Wrażenie robią także szerokie możliwości reprodukcji dźwięku, choć wielkość zastosowanych driverów może budzić obawy dotyczące dolnej części pasma, zwłaszcza wobec otwartej konstrukcji słuchawek.
Elementów wpływających na ostateczny odbiór sprzętu jest jednak o wiele więcej, a każdy z nich zasługuje na omówienie — z pewnością naszej uwadze nie powinny umknąć innowacyjne „pływające nauszniki” przedstawiane przez producenta jako jeden z głównych atutów urządzenia. By zachować maksymalną przejrzystość tekstu, test Turtle Beach Atlas Air podzieliłem na następujące podrozdziały:
- Zawartość opakowania, wygląd i budowa urządzenia
- Proces instalacji urządzenia na różnych platformach, oprogramowanie i ustawienia słuchawek
- Jak to działa i brzmi, czyli Turtle Beach Atlas Air w praktyce
- Podsumowanie

Co ważne: nigdy nie byłem audiofilem i nie mam zapędów na takowego, a mój narząd słuchu mógł nieco ucierpieć przez ostatnie dekady. Mimo wszystko uważam, że słyszę dość poprawnie, choć jak każdy mam swoje preferencje — z reguły szukam naturalnego, ale pełnego soundu. Oceny brzmienia słuchawek dokonałem przede wszystkim na podstawie ich domyślnych ustawień, ale oczywiście nie omieszkałem też pobawić się z EQ.
Zanim poznałem się bliżej z recenzowanym kompletem, zadbałem o aktualizację systemu operacyjnego, firmware’u urządzenia oraz wszelkich sterowników — czasem takie drobiazgi potrafią sporo zmienić. Akcesorium współpracowało najczęściej z dość mocnym PC z Windowsem 11 na pokładzie, ale podłączałem je także do biurowego ultrabooka, współczesnego smartfona z Androidem, stareńkiego Xboxa One S oraz konsoli Nintendo Switch.
Przed przejściem do głównej części artykułu chciałbym bardzo serdecznie podziękować firmie Turtle Beach za udostępnienie mi słuchawek do testu.
1. Turtle Beach Atlas Air — zawartość opakowania, wygląd i budowa urządzenia







Urządzenie przychodzi do nas w bardzo schludnym, czarno-fioletowym pudełku, na którym widnieje wizualizacja headsetu, spis jego najważniejszych zalet oraz pełna specyfikacja. Wszystkie elementy zestawu bezpiecznie spoczywają w idealnie skrojonej wytłoczce, dzięki czemu nawet po pokonaniu dużej odległości sprzęt dociera do odbiorcy w stanie nienaruszonym. Co w ogóle znajdziemy w środku?
Oprócz samych słuchawek dostajemy przewód USB-C -> USB-A, specjalny kabel minijack z regulacją głośności, odłączany mikrofon ze zdejmowaną gąbką, bezprzewodowy adapter 2.4 GHz, niezłej jakości pokrowiec oraz skróconą instrukcję obsługi. W zasadzie trudno oczekiwać więcej, a samą obecnością materiałowego etui Amerykanie przebijają wiele konkurencyjnych modeli.
Skupmy się na najważniejszym: Turtle Beach Atlas Air to wyjątkowo lekkie bezprzewodowe słuchawki gamingowe. Pogoni za niewielką masą sprzętu podporządkowano w zasadzie wszystko — od rodzaju i jakości zastosowanych materiałów, przez konstrukcję, aż po zainstalowane przetworniki. Cel można uznać za osiągnięty, jako że zestaw waży jedynie 301 g, i to z podpiętym mikrofonem.

Niestety odbiło się to na wykorzystanym tworzywie, które sprawia wrażenie lekkiego i stosunkowo cienkiego, a do tego dość łatwo się ściera. Dość powiedzieć, że sprzęt nabawił się widocznego odbarwienia długości 2-3 mm tylko dlatego, że przewrócił się z pozycji stojącej podczas swojej „sesji zdjęciowej”.
Warto także zwrócić uwagę, że w wielu miejscach standardowo wykorzystywany plastik ustąpił miejsca innym materiałom: pałąk (na szczęście wzmocniony dwoma wąskimi łukami z tworzywa) składa się przede wszystkim z elastycznej siatki i materiałowego paska do regulacji wielkości słuchawek, a obudowę nauszników uzupełniono… niczym. Ilość występującego tam powietrza jest zresztą jedną z największych innowacji testowanego modelu.
Inżynierowie z San Diego postawili bowiem na otwartą konstrukcję słuchawek — tył muszli głośników jest perforowany, co poszerza scenę, drastycznie obniża izolację akustyczną i niweluje dudnienie, co jednocześnie oznacza słabszą reprezentację niskich tonów w ostatecznym miksie. Gdyby tego było mało, dostajemy także tak zwane pływające nauszniki, zresztą (według danych producenta) po raz pierwszy w historii headsetów gamingowych.



Rozwiązanie to jest tyleż proste, co bardzo pomysłowe: każda słuchawka „wisi” na sześciu gumkach wewnątrz plastikowego pierścienia, który normalnie stanowiłby zewnętrzny brzeg jej obudowy. Dzięki temu nacisk na naszą głowę rozkłada się równomiernie, istotnie zwiększając komfort użytkowania akcesorium.
„Pływający” jest także wspomniany przed chwilą pałąk — zestaw słuchawkowy opiera się na materiałowym pasku i elastycznej siatce, co również zmniejsza odczuwany napór. Niestety zrezygnowano z ruchomych przegubów między stelażem a słuchawkami, przez co cała konstrukcja zajmuje sporo miejsca i nie da się jej łatwo postawić (niezbędny jest stojak lub wieszak).
By jeszcze bardziej rozpieścić użytkownika, wnętrze nauszników wyściełano pianką z efektem pamięci obleczoną miłym w dotyku materiałem. Ma to także gwarantować mniejszą potliwość strefy wokół uszu względem poszycia ze skóry ekologicznej, którą znajdziemy za to bliżej samych głośników.

Muszę odnieść się do kwestii wyglądu urządzenia, bo ten jest dość minimalistyczny, żeby nie powiedzieć… nudnawy. Osobiście nie narzekam na ten aspekt, a flirtujący ze starymi, wielkimi słuchawkami z lat 80. i 90. design wręcz trąca pewną nostalgiczną nutkę w moim serce, jednak kilka osób, którym pokazałem Atlasy, nieco kręciło nosami.
Może właśnie ze względu na to część wyposażenia jest wymienna. Na oficjalnej stronie producenta można znaleźć kolorowe nauszniki i paski, dzięki którym nie tylko nadamy akcesorium bardziej osobistego charakteru, ale też zwyczajnie odświeżymy strefy najbardziej podatne na zużycie.
Jeśli chodzi o elementy sterujące, to te umieszczono tylko na lewej słuchawce. I tak znajdziemy tu włącznik, przycisk Bluetooth, guzik QuickSwitch, wejście dla zewnętrznego mikrofonu 2,5 mm, gniazdo minijack 3,5 mm oraz port USB-C. Głośność ogólną kontrolujemy, obracając zewnętrzną nakładkę obudowy, a balansu chat/gra… nie zmieniamy. Fizycznego pokrętła dla tej funkcji nie przewidziano, ale w zasadzie niewielka to strata.

Niestety zabrakło dedykowanego przycisku do zmiany presetu EQ, i to mimo obecności wbudowanej pamięci do przechowywania nawet 5 profili. Przełączanie zarówno całych zestawów ustawień, jak również krzywych korektora pozostaje dostępne tylko w aplikacji, obecnie nie da się tego zrobić z poziomu samego urządzenia.
Najważniejsze oczywiście kryje się w środku — tym razem producent postawił na 40 mm przetworniki, które reprodukują dźwięk o częstotliwościach od 20 do aż 40 000 Hz, czyli daleko wykraczający ponad górną granicę słyszalności większości ludzi. Nie jest to jednak rozwiązanie do końca pozbawione sensu.
Fizyka stojąca za wpływem takich parametrów pracy jest dość skomplikowana, więc skrócę to do krótkiego wniosku. Zakres do 40 kHz świadczy w pewnym stopniu o właściwościach zastosowanej membrany, która przy odpowiednich warunkach, obejmujących przede wszystkim sygnał bardzo wysokiej jakości oraz odbiorcę ze świetnym słuchem, może lepiej odwzorowywać dźwięk niż w słuchawkach do 20 kHz. Czemu może nam się to przydać?

Headset Turtle Beach Atlas Air może odtwarzać dźwięk w jakości sięgającej 96 kHz/24-bit przy komunikacji przez adapter 2.4 GHz, a nie zapominajmy także o potencjalnie bezstratnym audio po kablu (jeśli nasza karta dźwiękowa jest w stanie to udźwignąć). Jeżeli testowany zestaw obsługuje taki sygnał przez Wi-Fi, to tym bardziej powinien poradzić sobie przy połączeniu przewodowym.
Choć ciśnienie akustyczne nie jest równoznaczne z głośnością, to mogłoby nam trochę powiedzieć o potencjalnym „przyłożeniu” urządzenia. Niestety taka informacja nie została zawarta w oficjalnej specyfikacji, tak samo zresztą, jak dane dotyczące impedancji. Pozostają więc subiektywne odczucia, które mogą się różnić między słuchającymi.
Z moich doświadczeń wynika, że otwarte Atlasy grają dostatecznie głośno, ale nie jest to poziom, którego osobiście oczekuję. Moje przyzwyczajenia nie należą jednak do najzdrowszych, a sprzęt od „Żółwików” prawdopodobnie trzyma się natężenia dość bezpiecznego dla słuchu. Cóż, pewnie powinienem podziękować.



Żałuję jednak, że inżynierowie nie postanowili trochę zaszaleć i nie wsadzili do środka większych przetworników, na przykład takich jak dwudrożne drivery Eclipse o średnicy 60 mm z modelu Stealth 700 Gen 3. Ponad dwukrotnie większa powierzchnia napędzająca powietrze mogłaby dodać więcej mięsistego dołu bez konieczności grzebania w EQ, choć prawdopodobnie wpłynęłoby to na masę i cenę akcesorium.
Porzućmy fantazje i wróćmy do tego, co dostajemy. Zestaw zawiera odłączany mikrofon szerokozakresowy, który może rejestrować dźwięk nawet w jakości 32 kHz/16-bit, co pozwala na komfortową komunikację w trakcie rozgrywki czy spotkań online. Ciekawostką jest jednoczesne wykorzystanie mechanizmu flip-to-mute — rejestrator możemy „złożyć” do góry, co automatycznie go wycisza.
Elastyczny pałąk możemy wyginać w dowolną stronę, dzięki czemu bez problemu umieścimy mikrofon w odpowiednim miejscu. Przetwornik wewnątrz kapsuły umożliwia zapis sygnału o częstotliwościach od 100 do 16 000 Hz, czyli wyłapuje więcej wysokich dźwięków od utartego standardu sięgającego jedynie 10 kHz. Nadal nie jest to sprzęt do nagrań lektorskich czy muzycznych, ale powinien dobrze spełniać swoje podstawowe zadanie.




Trzeba przyznać, że pod względem dostępnych form komunikacji Turtle Beach dało niezły popis. Akcesorium obsługuje błyskawiczne połączenie wysokiej jakości przez adapter 2.4 GHz, ale dostajemy też wbudowany moduł Bluetooth 5.2. Zawsze chwalę też możliwość połączenia przewodowego, więc inżynierowie z San Diego dostają duży plus i za to. Brak minijacka w urządzeniach bezprzewodowych to sztuczne ograniczenie, którego na szczęście tutaj nie spotkamy.
Trochę szkoda, że nie zaimplementowano technologii pozwalającej na jednoczesne odtwarzanie sygnałów z adaptera 2.4 GHz i BT. Z tego względu na przykład w trakcie grania na PC nie możemy słuchać muzyki lub podcastów z urządzenia mobilnego, ale już bez problemu wciskając jeden przycisk, odbierzemy przychodzące połączenie.
W jego trakcie dźwięk z komputera nie jest przekazywany do headsetu, tak by nic nam nie przeszkadzało w konwersacji. Po zakończeniu rozmowy sprzęt samoczynnie przełącza się z powrotem na odbiór sygnału z adaptera, ewentualnie wymagając ponownego wciśnięcia guzika BT na lewym nauszniku, jeśli to my „odkładamy słuchawkę”.

Port USB-C w headsecie oraz dodany do zestawu przewód USB-A -> USB-C służą ładowaniu sprzętu i jego ewentualnej aktualizacji (choć ta może też odbywać się bezprzewodowo), a nie przesyłaniu dźwięku. Atlas Air nie daje się również oszukać przejściówką USB-C -> minijack i nie odbiera sygnału z komputera tą drogą.
Całość napędza akumulator LiPo o pojemności 800 mAh, który teoretycznie pozwala na nawet 50 godzin pracy urządzenia. Realny czas działania sprzętu będzie odczuwalnie krótszy przy maksymalnej głośności i połączeniu przez adapter 2.4 GHz, ale akcesorium na szczęście ładuje się dość szybko — przez trzy tygodnie podłączyłem je łącznie może na dwie-trzy godziny, a było używane codziennie.
Do zestawu dołączony jest dongle USB, dzięki któremu słuchawki mogą komunikować się z naszych komputerem lub konsolą PS5. W komplecie znajdziemy też dość wyjątkowy przewód minijack o długości 1,8 m, dodatkowo wyposażony w pokrętło kontroli głośności. Należy zwrócić uwagę, że końce tego interkonektora nie są identyczne: jeden z nich przeznaczony jest do wpięcia do portu w Atlasie, a drugi do źródła dźwięku.
2. Turtle Beach Atlas Air — proces instalacji urządzenia na różnych platformach, oprogramowanie i ustawienia słuchawek

Jak wspomniałem w poprzednim podrozdziale, słuchawki Turtle Beach Atlas Air mogą pochwalić się szeroką kompatybilnością dzięki trzem dostępnym sposobom komunikacji. Gdybyśmy mieli je przypisać do przykładowych sprzętów, to testowany model jawi się jako bardzo uniwersalny headsetów dla graczy i nie tylko.
I tak szybki adapter 2.4 GHz służy przede wszystkim do wysyłania sygnału z komputerów osobistych i konsoli PS5 (powinno też działać na PS4 mimo jego braku na oficjalnej liście wspieranych platform). Co ważne, w parze z pecetem możemy liczyć na jakość dźwięku sięgającą 96 kHz przy 24-bitowej rozdzielczości.
By uzyskać połączenie, wystarczy podpiąć gwizdek USB do wolnego portu w naszym sprzęcie i włączyć headset — oba urządzenia są wstępnie sparowane. Mimo wysokiej wydajności transferu danych między nimi nie zauważyłem negatywnego wpływu pracy adaptera na połączenie z internetem czy działanie innych bezprzewodowych peryferiów, ale może to zależeć od konkretnych modeli.

Bardziej uniwersalne, choć mniej wskazane ze względu na ewentualne opóźnienia i maksymalną jakość dźwięku jest połączenie przez Bluetooth. Superlekkie Atlasy obsługują protokół BT w wersji 5.2, a łączenie się z dowolnym kompatybilnym nadajnikiem przebiega wzorowo. Bez problemu użyjemy ich zatem w parze ze smartfonem, tabletem, Smart TV czy laptopem, ale też z Nintendo Switch.
Dla pozostałych urządzeń, takich jak wzmacniacze, odtwarzacze czy upierające się przy własnych patentach Xboxy przewidziano możliwość skorzystania z przewodu minijack. Ten dołączony do zestawu ma inną liczbę „pinów” (lub styków, by być bardziej precyzyjnym) na obu końcach, więc warto patrzeć na wyraźne, jednoznaczne oznaczenia przy wtyczkach.
Atutem tego interkonektora jest bez wątpienia wbudowane pokrętło kontroli głośności. Gdyby jednak kiedyś nam się on zniszczył albo zagubił, to można z powodzeniem korzystać z zamienników, nawet tych pozbawionych rolki wpływającej na Master Volume.



Skoro już wiemy, jak podłączyć nasze urządzenie, czas je skonfigurować. Z poziomu samych słuchawek nie zrobimy w zasadzie nic — możemy przełączać się między adapterem 2.4 GHz i BT, zmieniać głośność oraz wyciszać mikrofon przez jego złożenie, ale to wszystko. Nie zmienimy nawet profilu czy presetu brzmienia, co wydaje się co najmniej dziwnym ograniczeniem.
By zyskać pełną kontrolę, musimy zainstalować program Turtle Beach Swarm II, który dostępny jest na komputerach oraz urządzeniach mobilnych (zarówno z Androidem, jak i iOS). Od razu podkreślę, że zdecydowanie polecam zainstalowanie na PC najnowszych aktualizacji tego softu, a jeżeli te nie mają ochoty się wgrać, reinstalację aplikacji. Warto też po każdym etapie zresetować komputer. Podziękujecie mi później.
W obu wersjach Swarm II mamy dostęp do podobnego zestawu funkcji z kilkoma różnicami, o których wspomnę kawałek niżej. Wśród najważniejszych opcji edycji desktopowej znajdziemy między innymi:
- ustawienia Advanced Superhuman Hearing
- tryb wirtualizacji dźwięku przestrzennego Waves 3D
- kontrolę głośności chat/gra
- ustawienia mikrofonu
- 10-stopniowy korektor graficzny z tworzeniem presetów

Superhuman Hearing to specyficzne ustawienie equalizera, które ma promować przede wszystkim efekty przydatne podczas rozgrywki w kompetytywnych grach sieciowych. Zaawansowana wersja tego rozwiązania oddaje w nasze ręce nie tylko profil Legacy, ale też konfiguracje uwydatniające odgłosy kroków naszych współgraczy czy huk padających w oddali strzałów.
Wszystko to ma poprawić naszą percepcję dźwięków, a tym samym ułatwić namierzenie zbliżającego się przeciwnika jeszcze zanim go zobaczymy (a co ważniejsze, zanim on zobaczy nas). Gry nie brzmią wtedy pięknie, ale faktycznie trudniej przeoczyć tupot stóp kolegi z konkurencyjnej drużyny czy serię z automatu posłaną nawet spory kawałek dalej.
Waves 3D Audio z założenia ma działać na podobnej zasadzie, co Dolby Atmos czy DTS:X, czyli nadawać brzmieniu wrażenia większej „przestrzenności”, poszerzać scenę. Mówimy zatem o wirtualizacji dźwięku przestrzennego lub tak zwanej spacjalizacji, która oczywiście na parze głośników ma tylko szansę tworzenia swego rodzaju iluzji.




Nie ukrywam, że nie byłem wielkim fanem tego rozwiązania, bo w przypadku modelu Stealth 700 Gen 3 momentami wywoływało ono „dudnienie” niskich tonów. We współpracy z otwartymi Atlasami problem ten nie występuje, a czasem nawet trudno zauważyć działanie wirtualizacji od Turtle Beach. Często jednak dodaje ona trochę pogłosu o charakterze puszki — nadal się nie zakochałem.
Co ciekawe, według oficjalnych materiałów producenta dzięki Waves 3D Audio zyskujemy także dostęp do takich funkcji jak kontrola balansu chat/gra czy Chat Boost, czyli podbicia dźwięku z rozmów w trakcie rozgrywki. Opcje te nie są jednak w żaden sposób ograniczone do sprzętów z palemką, a wiele konkurencyjnych modeli również je oferuje bez współpracy z Waves.
Nie zmienia to faktu, że mówimy o przydatnych pomocach wpływających bezpośrednio na komfort gry przez sieć. Przegapione ustalenia zespołowe mogą negatywnie odbić się na skuteczności działań drużyny, a źle zrozumiane słowa nie raz doprowadziły do kłótni.

Między innymi dlatego istotne są także ustawienia dotyczące mikrofonu. Podstawowe funkcje takie jak pełne wyciszanie oraz przywracanie działania rejestratora obsługujemy przez złożenie i rozłożenie pałąka z kapsułą na końcu, ale w aplikacji czeka na nas kilka dodatkowych atrakcji.
Możemy tu ustawić czułość mikrofonu, jak również poziom jego monitorowania oraz bramkę szumów. Gdyby tego było mało, to dostajemy 10-stopniowy korektor graficzny działający w zakresie częstotliwości 100 – 6 300 Hz, dzięki któremu dostosujemy brzmienie naszego głosu do aktualnych potrzeb.
Jeśli w tym samym panelu przestawimy „prztyczek” z ustawienia „Mic” na „Game”, zyskujemy dostęp do głównego equalizera. Tu również oddano w nasze ręce 10 stopni kontroli, od 32 do 16 000 Hz. W obu zastosowaniach EQ możemy tworzyć presety brzmienia i przypisywać je do profili ustawień, z czego w samym urządzeniu znalazło się pięć wolnych miejsc.


Muszę wspomnieć o predefiniowanych presetach dźwięku. Turtle Beach jak zwykle przygotowało całkowicie płaski korektor, nazywany tu Signature Sound, ale nie zabrakło też innych wstępnie przygotowanych ustawień. Te obejmują podbicie tonów niskich i wysokich, podkręcenie samych basów oraz podciągnięcie częstotliwości najczęściej odpowiadających za wokale, czyli środkowej części pasma.
Co dziwne, zabrakło możliwości mapowania działania przycisków słuchawek, choć w samouczku dostępnym w pecetowej wersji aplikacji taka funkcja się pojawiała. Jak sądzę, jest tylko kwestią czasu, zanim „Żółwiki” zauważą to przeoczenie i dodadzą odpowiednie opcje w jednej z kolejnych łatek.
Niestety podczas konfiguracji powtarzały się problemy z programem Turtle Beach Swarm II, choć było ich mniej niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Klasycznie mogłem obserwować pętle ściągania, przygotowywania plików oraz instalacji, po czym ponownie proponowano mi pobieranie nowej aktualizacji (wciąż tej samej). Na szczęście po kilku restartach systemu jakoś to poszło.




Nie zabrakło też nieścisłości między ustawieniami systemu a wskazaniami dedykowanego softu. W konfiguracji urządzenia na poziomie Windowsa z pewnością ustawiłem jakość dźwięku na 96 kHz / 24-bit, podczas gdy Swarm II uparcie twierdził, że headset ma dostawać sygnał do 48 kHz / 16-bit. Jasne, można z tym żyć, ale to dość irytujące.
Jeśli chodzi o mobilną wersję aplikacji, to jest ona nieco okrojona względem edycji dla komputerów osobistych. Na smartfonie czy tablecie nie możemy przełączać całych profili konfiguracji, nie dostajemy dostępu do Waves 3D i Superhuman Hearing oraz (co oczywiste) tracimy szybkie skróty do ustawień systemu Windows związanych z dźwiękiem. Mimo wszystko większość funkcji jest.





Moim zdaniem dużym niedociągnięciem jest to, że nie możemy konfigurować słuchawek z poziomu telefonu, gdy akcesorium akurat odtwarza dźwięk z komputera — i to mimo że jest sparowane ze smartfonem. Musimy więc na przykład przerywać grę, by wprowadzić nawet najmniejsze zmiany.
Mam nadzieję, że ceniony producent sprzętu audio z San Diego dość szybko nadrobi również te niedociągnięcia i braki pewnych funkcji, bo wyglądają one po prostu słabo w zderzeniu z jakością urządzeń z palemką w logo. Oprogramowanie wygląda zupełnie w porządku i ma przejrzysty, dość intuicyjny interfejs, więc poprawki nie dotyczą rzeczy fundamentalnych, ale nadal bardzo istotnych.
3. Jak to działa i brzmi, czyli Turtle Beach Atlas Air w praktyce

Budowa sprzętu może być fascynująca, a jego konfiguracja niezbędna do komfortowego użytku, jednak to właśnie sprawdzenie urządzenia w boju w największym stopniu decyduje o jego wartości dla graczy. Nadszedł więc najwyższy czas, by test Turtle Beach Atlas Air wszedł w decydującą fazę.
Słuchawki nie dostały ode mnie żadnej taryfy ulgowej i przeszły przez sprawdziany filmowe, muzyczne i gamingowe. Nie próbowałem „psuć” brzmienia celowo, więc najczęściej korzystałem z domyślnego profilu Signature Sound, ewentualnie przełączając się na preinstalowane presety oraz aktywując funkcje takie jak Superhuman Hearing i Waves 3D.
Wyjątkowo zacząłem od części muzycznej, bazując na posiadanych płytach CD, własnej bibliotece plików FLAC (na przykład z serwisu Bandcamp) oraz streamingu ze Spotify w jakości bezstratnej. Uderzyłem nie tylko w nowe, świetnie zrealizowane nagrania, ale też albumy, których miks sprawia kłopoty wielu systemom audio (i jeszcze szerszej grupie słuchaczy).



I tak soundtracki z Cyberpunk 2077, Stellar Blade czy serialu o Mandalorianinie brzmiały dość jasno, ale bardzo precyzyjnie, a dźwięk „roztaczał się” po zdecydowanie szerszej scenie niż w przypadku zestawów o budowie zamkniętej. 40-milimetrowe przetworniki robiły, co mogły, by wiernie oddać mocne doły w tych ścieżkach — wypadło to dobrze, jednak mi brakowało w nich trochę ciepła i wagi. Nie było za to mowy o „zamuleniu” audio.
Ta dodatkowa dawka „powietrza” wyjątkowo przypadła mi do gustu podczas odsłuchu utworów z wieloma instrumentami, zwłaszcza w przypadku muzyki poważnej. Przy mozartowskim Requiem spędziłem dużo więcej czasu, niż zakładałem, bo zwyczajnie zapomniałem o tym, że mam pracować, a nie bezczynnie czekać na Lacrimosę rozpływając się w bogactwie dźwięków.
Kiedy jednak przeszedłem do nieco jazgotliwych z założenia starych płyt Slayera (mówiłem, że nie będzie taryfy ulgowej), zakochanego w przeszłości The Vintage Caravan czy nieco mniej typowych realizacji pokroju twórczości zespołu Babymetal, to nie było mi za wesoło. Wiem, że to ekstremalne przykłady, ale podobna, górna część pasma jest istotna również w innych, często starszych realizacjach.

Domyślnie wysokie tony są zbyt „wysunięte” do takich fikołków — kultowe Seasons in the Abyss lub Raining Blood zdawały się dobiegać z głośnika starego telefonu, za to w Gimme Chocolate!! głosy energicznych Japonek były zwyczajnie przesterowane. To samo działo się zresztą przy Whispers islandzkiej ekipy wzorującej się na muzyce sprzed kilku dekad przed ich urodzeniem, co psuło cały odbiór.
Prawdą jest, że działo się to tylko przy głośności rzędu 90-100%, ale jednak z płaskim EQ i bez żadnych podbić. Po ugłaskaniu ustawień dało się tego słuchać, jednak moim zdaniem czasem można sobie dać po uszach czymś przyjemnym. Część gatunków najwyraźniej pozostaje jednak poza zasięgiem ultralekkich amerykańskich słuchawek.
Gdy przyszła pora na test filmowy, bez wahania sięgnąłem po pierwszą Diunę i Blade Runnera 2049, oba dzieła w reżyserii Denisa Villeneuve’a. Rewelacyjne efekty w połączeniu ze ścieżką Hansa Zimmera to mój stały przepis na sprawdzanie dowolnych słuchawek, również z wykorzystaniem wirtualizacji dźwięku przestrzennego. Przeleciałem też przez jeden odcinek Formula 1: Drive to Survive, skupiając się na dialogach oraz sekwencjach z wnętrza bolidów.

Bez owijania w bawełnę, poszło bardzo dobrze, nawet mimo moich preferencji dotyczących nieco mocniej zaznaczonych niskich tonów. Waves 3D czasem stawiało na bardziej kinowe doświadczenie niż Dolby Atmos, ale niekiedy rzeczywiście trudno nazwać jego wpływ na brzmienie bardzo istotnym. Momentami odniosłem wręcz wrażenie, że efekt ten mógłby dodawać jeszcze więcej „dołów”.
Warto też zwrócić uwagę, że spacjalizacja od TB nie jest „zaszyta” w samym sprzęcie i można ją aktywować tylko na PC. Włączone na komputerze dopalenie dźwięku najwyraźniej nie przenosi się na urządzenia Bluetooth, co wyklucza łatwe wykorzystanie tego rozwiązania na przykład w połączeniu ze Smart TV czy smartfonem. Wielka szkoda.
Jeśli chodzi o gry, to postawiłem na kilka tytułów z różnych gatunków, by przekonać się o przydatności recenzowanego modelu w dość odmiennych formach rozrywki. Wziąłem więc na warsztat sieciową strzelankę, samochodówkę, przygodówkę akcji i popularny, ceniony horror — oto wybrane przeze mnie produkcje:
- Counter-Strike 2
- Test Drive Unlimited Solar Crown
- Star Wars Outlaws
- Silent Hill 2 (remake)

W grach pokroju CS’a niektórzy zawodnicy poszukują wszelkich sposobów, by zawsze być chociaż o żabi skok przed współgraczami. Jednym z ciekawszych rozwiązań jest „wyciągnięcie na wierzch” efektów dźwiękowych takich jak kroki lub wystrzały, co ułatwia nam namierzenie zbliżających się przeciwników.
W sprzętach Turtle Beach odpowiedzialna jest za to funkcja Superhuman Hearing, dzięki której nie musimy sami kombinować z konkretnymi częstotliwościami. Trochę brakuje tu indywidualnych profili dla najpopularniejszych tytułów kompetytywnych, ale na plus zasługuje możliwość regulacji intensywności podbicia — da się nie tylko uwydatnić interesujące nas fragmenty pasma, ale też częściowo schować pozostałe.
W połączeniu z szerszą „przestrzenią” przekładającą się na skuteczniejsze określanie strony oraz odległości źródła dźwięku od naszej postaci daje to dobre rezultaty. Otwarta konstrukcja słuchawek stanowi w tym wypadku duży plus, choć nadal mam trudności w odróżnieniu efektów generowanych przez wydarzenia z przodu i z tyłu.

W TDU Solar Crown dźwięk pełni głównie rolę rozrywkową, choć w pewnych sytuacjach informacja akustyczna o obrotach silnika czy zablokowaniu kół podczas hamowania może być przydatna dla utrzymania się w zakręcie. To jednak żadne wyzwanie dla testowanego headsetu — jazda po Hongkongu była superprzyjemna, a choć wszystko brzmiało nieco jaśniej niż przy zamkniętych konstrukcjach, to naturalność soundu TB Atlas Air może się podobać.
Miało to znaczenie zarówno przy reprodukowaniu dźwięków silników najpotężniejszych bestii dostępnych w grze, ale też całego ambientu tworzonego przez żyjące miasto. Każdy przejeżdżający obok samochód, grom mijanych przeszkód czy głosy pasażerów potęgowały poczucie faktycznego prowadzenia sportowego wozu, a szalony gwizd jednostki napędowej Apollo IE przyprawiał o ciarki na skórze. Aż chciało się wracać do tej gry.
Star Wars Outlaws nie jest może wybitnie kinową odsłoną Gwiezdnych Wojen pełną epickich bitew, ale warstwa audio tej gry nie odstaje od „kuzynostwa”. Z włączonym Waves 3D lekko podkręcającym wiele efektów każdy wystrzał, wybuch czy dociśnięty do granic możliwości pojazd podbijał immersję i dodawał nie lada emocji.

Do tego mogę pochwalić czytelność dialogów dzięki dość jasnej charakterystyce testowanego zestawu, która wcale nie wypada źle w tej kosmicznej produkcji Ubisoftu. Mam wrażenie, że przy ciemnych, zamkniętych słuchawkach przygody na pustyniach Tatooine czy między wzgórzami Toshary brzmiałyby na zbyt „przyduszone”, a tu zdecydowanie nie brakuje im „powietrza”.
W Silent Hill 2 warto mieć oczy (oraz uszy) dookoła głowy, lecz nie zawsze unikniemy wyskakującego tu i ówdzie stwora. Zabawa z recenzowanym kompletem na głowie zdecydowanie podkręca wrażenia z rozgrywki, również pod kątem „wsiąkania” w akcję na ekranie — co ma swoje dobre (większe emocje), ale też złe (krzyki straszące sąsiadów) strony.
Mówiąc jednak całkiem serio, warto pamiętać, że w tego typu słuchawkach izolacja dźwięku z założenia jest jak najmniejsza. Oznacza to, iż nie tylko my dość dobrze słyszymy głosy z zewnątrz, ale też każde brzdęknięcie czy szmer z headsetu „wylewa się” do otoczenia. Nie jest to zatem najlepsze rozwiązanie, gdy chcemy czegoś posłuchać dość głośno, ale obok śpi niemowlę lub planowaliśmy „przygrzmocić sobie po uszach”, jadąc autobusem.

Pomijając przebiegający w ekstremalnych warunkach wycinek testu muzycznego, mogę z czystym sumieniem pochwalić to, jak Atlasy z dopiskiem Air reprodukują dźwięk. Brzmienie jest bardzo przyjemne i precyzyjne, a tak zwana „scena” dość szeroka. Jednocześnie nie jest tak, że brakuje im mocy w dolnych częściach pasma — basy są po prostu nieco mniej soczyste od zamkniętych, „ciemnych” headsetów z dużymi głośnikami, ale nadal przyjemne.
Mikrofon też wywiązuje się ze swoich zadań wzorowo, zatem podczas każdej rozmowy, konferencji czy żywiołowej wymiany zdań w trakcie gry możemy być spokojni o czytelność komunikatów z naszej strony. Myślę, że szerokopasmowy rejestrator od Żółwików nada się również dla osób zaczynających swoją przygodę ze streamowaniem rozgrywki, ale przy wejściu na wyższy poziom warto już rozejrzeć się za dedykowanym sprzętem.
Swoją drogą, zastosowanie odczepianego, a jednocześnie składanego mikrofonu to naprawdę sprytne posunięcie poprawiające ergonomię pracy z akcesorium. Należy jednak pamiętać, by przed podniesieniem „majka” odgiąć go nieco na zewnątrz — w przeciwnym wypadku trafi nam prosto w czoło.

Jeśli chodzi o komfort użytkowania lekkiego zestawu słuchawkowego z San Diego, to jest bardzo dobrze, ale nie idealnie. Urządzenie rzeczywiście zapewnia ogromną wygodę i nie wywołuje uczucia ucisku nawet po kilku godzinach pracy, jednak ma tendencję do przesuwania się na głowie. Nie jest to wielki problem, ale czasem trzeba poprawić nauszniki i sprowadzić pałąk na szczyt czaszki.
Mam też mieszane uczucia związane z brakiem przegubów między modułami głośników i głównym łukiem. Utrudnia to nieco przechowywanie słuchawek (nie składają się na płasko), a gdy chcemy je zsunąć „tylko na chwilę” na kark, to wnętrze nauszników ociera nam się o szczękę, do tego całe akcesorium działa jak miękki kołnierz ortopedyczny.
Moje obawy wzbudza jakość zastosowanych materiałów. Oczywiście w dotyku wszystko jest super, jednak jak wspomniałem wcześniej, plastik obudowy dość szybko potrafi się odbarwić na skutek tarcia, a tkanina nauszników, pasek oraz siatka przy pałąku wymagają delikatniejszego traktowania niż twarde tworzywo czy metal. Jeśli jednak nie macie tendencji do szybkiego niszczenia sprzętów, wszystko powinno być w porządku.

Ciekawi mnie też odporność gumek zawieszenia słuchawek na upływ czasu — tego jednak nie byłem w stanie zweryfikować. Po kilku tygodniach intensywnej współpracy nic a nic złego się z nimi nie działo, ale wyobrażam sobie, że ich wymiana nie leży w zakresie kompetencji zwykłego użytkownika.
Bezwzględnym (choć mam nadzieję, że tymczasowym) minusem jest brak możliwości zmiany profilu lub chociaż presetu dźwięku bez odrywania się od aktualnie wykonywanych zadań. Wystarczy, że Amerykanie dorzucą tę funkcję do dowolnego przycisku na lewym nauszniku, a problem zniknie bez śladu. Trzymam kciuki, by nastąpiło to niebawem, a wtedy z radością zaktualizuję niniejszy test.
Nie chciałbym sprawiać wrażenia, że mamy do czynienia ze sprzętem niepoprawnym czy tym bardziej złym. Nic bardziej mylnego — mimo kilku drobnych uwag ten headset świetnie uzupełni arsenał każdego gracza. Oglądanie w nim filmów, słuchanie muzyki, zabawa w ulubionych tytułach czy nawet praca i prowadzenie rozmów telefonicznych to przyjemność, a w każdym razie mniejszy ból. Nie o każdej parze słuchawek można to powiedzieć.
4. Test Turtle Beach Atlas Air — podsumowanie recenzji

Poznaliśmy już wszystkie za i przeciw ultralekkiego headsetu zrodzonego w San Diego, czas więc zebrać wszystko razem i wydać ostateczny werdykt. Jak to zatem jest: czy Turtle Beach Atlas Air to atrakcyjne rozwiązanie dla graczy i nie tylko, czy tylko szumnie nazywany innowacyjnym nieszczególny model bez własnego charakteru? Nie mam wątpliwości, że to pierwsze.
Na plus zasługują wszystkie najważniejsze cechy urządzenia. Dostajemy zatem wysoką (w zasadzie spełniającą definicję Hi-Res Audio) jakość dźwięku w trybie bezprzewodowym, szybką komunikację, szeroką kompatybilność, przydatne funkcje dla graczy, dobry mikrofon, zadowalającą zawartość zestawu i ogólną dobrą jakość wykonania. Przy tym ostatnim musimy pamiętać, że wszystko zostało podporządkowane minimalizacji wagi.
Ta z kolei razem z wyjątkowymi, pływającymi nausznikami i pałąkiem przekłada się na bardzo wysoki komfort użytkowania sprzętu. Headset niemal znika na naszej głowie, a nawet wielogodzinna sesja w ulubionym tytule nie powoduje uczucia nieprzyjemnego ucisku. Nie zapominajmy też o kluczowej kwestii, czyli brzmieniu.
Topowy przedstawiciel serii Atlas to bowiem nietypowy zawodnik — otwarta konstrukcja nauszników w słuchawkach gamingowych nie jest zbyt często spotykana (a według producenta nawet w ogóle), a niesie za sobą pewne konsekwencje. Mówimy bowiem o sprzęcie z niemal zerową izolacją akustyczną, z osłabioną reprezentacją niskich tonów, ale o wiele szerszą „sceną”. Czy to dobrze? To zależy od preferencji i konkretnej sytuacji.
Żałuję, że „Żółwiki” nie postawiły na większe, bardziej mięsiste dwudrożne przetworniki, a takie przecież mają w swoim portfolio. W takim układzie, oczywiście gdyby udało się dobrze wszystko zestroić, recenzowany zestaw miałby potencjał do pozamiatania na rynku słuchawek gamingowych i nie tylko. Niestety, nie tym razem.
Gdybym miał wskazywać ewidentne minusy, to skupiłbym się na braku funkcji przełączania profili lub chociaż presetów dźwięku z poziomu samego urządzenia, jak również na nie do końca dopracowanym dedykowanym oprogramowaniu. Turtle Beach Swarm II potrafi nabroić, chociaż i tak działa trochę lepiej niż kiedyś.



















Szkoda też, że aplikacja na urządzenia mobilne nie umożliwia włączenia Waves 3D i Superhuman Hearing. W dobie naprawdę rewelacyjnie działającego streamingu gier jest to bezdyskusyjne przeoczenie — dlaczego grając na smartfonie, tablecie czy tym bardziej telewizorze Smart TV mamy ograniczone pole manewru? Punkt zdecydowanie do poprawki.
Komu zatem mogę polecić testowany zestaw? Bez wątpienia każdemu, kto szuka wielozadaniowych, bezprzewodowych słuchawek o otwartej charakterystyce dźwięku, zwłaszcza gdy w grę wchodzi wirtualna rozrywka sieciowa lub udział w rozmowach czy konferencjach. Co ważne, docelowa platforma w zasadzie nie ma znaczenia, bo headset działa niemal ze wszystkim (choć z Xboxami tylko przewodowo, z winy Microsoftu naturalnie).
Podzielę się z Wami pewną refleksją: przez czas spędzony z Turtle Beach Atlas Air w mojej głowie wykiełkowała myśl, której kiedyś do siebie nie dopuszczałem. Wygląda na to, że warto mieć kilka różnych sprzętów audio, by móc idealnie wpasować się brzmieniowo w klimat danej produkcji — najwyraźniej moje poszukiwanie „jednego headsetu, by rządzić nimi wszystkimi” może być ślepą uliczką, a prostsze rozwiązanie leży gotowe na stole.




















Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że w niektórych tytułach bardziej pasowały mi otwarte, pływające nauszniki, nawet pomimo delikatniejszego brzmienia od moich ulubionych par? Z drugiej strony w wielu przypadkach nadal stawiam na bardziej mięsiste, głębsze „depnięcie” w dołach i zamknięcie się z dźwiękiem w mniejszej, ale intensywniejszej przestrzeni. Chyba czas rozbudować stojak na słuchawki.
Bez wątpienia amerykańscy inżynierowie zrobili kawał dobrej roboty, oddając w ręce graczy sprzęt tyleż wyjątkowy, co gotowy spełnić większość pokładanych w nim nadziei. W Turtle Beach postanowili pójść „pod prąd” i według mnie był to krok w dobrą stronę. Pozostaje mi pogratulować pomysłowości, ale nie będę ukrywał: czekam na kolejne generacje, tym razem najlepiej z większymi driverami. Tymczasem wracam do słuchania, które nabrało nieco więcej powietrza.
Turtle Beach Atlas Air
Na plus
- Bardzo dobra jakość dźwięku
- Nawet 96 kHz/24-bit przez adapter 2.4 GHz
- Jasne, naturalne, precyzyjne brzmienie
- Składany, odpinany mikrofon dobrej jakości
- Wiele dostępnych form łączności
- Szeroka kompatybilność
- Przydatne funkcje dla graczy
- Wbudowana pamięć na 5 profili ustawień
- Szczegółowy EQ w aplikacji na PC i urządzenia mobilne
- Bardzo wysoki komfort użytkowania
- Niezła wydajność baterii
- Materiałowy pokrowiec w zestawie
Na minus
- Brak możliwości zmiany presetu brzmienia z poziomu słuchawek
- Dedykowane oprogramowanie, choć coraz lepsze, nadal niepozbawione mankamentów i braków
- W ekstremalnych przypadkach przesterowane wysokie tony
- Brak obsługi Waves 3D i Superhuman Hearing przez BT
- Niektórym może odrobinę brakować bardziej soczystych basów
Jakub Foss
Turtle Beach Atlas Air to ultralekkie bezprzewodowe słuchawki gamingowe, które wyróżniają się na tle konkurencji otwartą konstrukcją obudowy przetworników oraz pływającymi nausznikami. Zestaw można pochwalić za dobre, naturalne brzmienie przy zachowaniu szerokiej sceny, obsługę dźwięku Hi-Res nawet w trybie bezprzewodowym, przydatne funkcje dla graczy jak Superhuman Hearing oraz bardzo wysoki komfort użytkowania nawet przez wiele godzin. Do słabszych stron urządzenia należy zaliczyć nadal niedoskonałe oprogramowanie sterujące czy brak tak oczywistej funkcji jak przełączanie presetów z poziomu słuchawek, a niektórym fanom głośniejszego słuchania muzyki mogą przeszkadzać czasem lekko przesterowujące wysokie tony przetworniki. Mimo wszystko headset od inżynierów z San Diego to bardzo atrakcyjny sprzęt dla graczy, a zwłaszcza tych, którzy nie przepadają za przyduszonymi, dudniącymi kompletami z zamkniętymi muszlami.








Dyskusja na temat wpisu
Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi. Mimo że pozwalamy na komentowanie osobom bez konta na platformie Disqus, to i tak zalecamy jego założenie, bo wpisy gości często trafiają do spamu.